Dyżurny reporter: 61 672 62 62
-Reklama 3-
-Reklama 4-

Za nami PiENtnaste JubileÓszowe Dyktando Wrzesińskie. Podobno okazało się najtrudniejsze ze wszystkich. 

Zwycięzca Aleksander Meresiński przyjechał aż z Kielc – twierdzi, że wrzesińskie dyktanda mają najciekawsze teksty i by wziąć w nich udział, warto spędzić tyle czasu w podróży. Autorem tekstu dyktanda był Sebastian Surendra.

Nagrody zwycięzcom wręczyli profesorowie językoznawstwa Jerzy Bralczyk i Andrzej Markowski. Ponadto przez ponad godzinę opowiadali ciekawostki o języku polskim. Można było również zdobyć ich autograf – na przykład na książce “Trzy po 33” (napisanej wspólnie z prof. Janem Miodkiem).

Kolejną atrakcją – szczególnie dla gości spoza Wrześni – była prezentacja dyrektora Muzeum Regionalnego im. Dzieci Wrzesińskich Sebastiana Mazurkiewicza o strajku Dzieci Wrzesińskich. Zaprezentował on zapiski jednego z uczestników strajku wraz z przykładami ortografii sprzed ponad wieku. Zaprosił też do obejrzenia pierwszego polskiego filmu, czyli opowiadającej o strajkujących dzieciach, “Kultury pruskiej”.

Laureaci:

Kategoria uczeń:
1. Jakub Andrzejczak (47 błędów ortograficznych
2. Maria Stefaniak (47 błędów ortograficznych i 2 interpunkcyjne)
3. Milena Kwiatkowska (49 błędów ortograficznych)

Wrześnianin:
1. Marek Urbaniak (24 błędy ortograficzne)
2. Wiktoria Kosmowska (35 błędów ortograficznych)
3. Klara Skrzypczyk (39 błędów ortograficznych)

Kategoria otwarta:
1. Aleksander Meresiński [Kielce] (6 błędów ortograficznych i 2 interpunkcyjne)
2. Tomasz Malarz [Kraków] (14 błędów ortograficznych)
3. Łukasz Szempliński [Ostromecko] (16 błędów ortograficznych)

Pod galerią zdjęć znajdziecie tekst PiENtnastego JubileÓszowego Dyktanda Wrzesińskiego.

Psychiczny ekshibicjonizm czy matczyna duma?

Nie tylko pięćsetzłotowy banknot sprawił, że wokoło widać więcej dzieci. Różnej maści celebryci upubliczniają zdjęcia swoich pociech z uczenia ich savoir-vivre’u przy obiadokolacji, jak i z miniwyprawy do Skórcza w Borach Tucholskich.

Prym w tym wiedzie żona nie żadnego wątłusza, beksy-lali, ale piłkarza, dla którego ustrzelenie hat tricka jest proste jak napisanie licencjatu o sobie samym. Ta eksmistrzyni kumite, dla niektórych alfa i omega choćby w dziedzinie fitnessu, non stop zamieszcza wiele fotografii córki. Podoba się to hołdującej metodzie Montessori i postmannheimowskiej socjologii wiedzy chemiczce z Hażlacha, walczącej z cellulitem, halitozą i halluksami posiadaczce puśliska, która sądzi, że każdy rodzic chciałby to robić, ale nie każdego chce się oglądać. Nadobecność w mass mediach popiera też zamieszkujący Swornegacie niedoszły zdobywca Chopoka, który odkąd gangsta rap zamienił na zespół discopolowy, lata nie Wizz Airem do Edynburga, ale na pokładzie rejsowego samolotu do Abu Zabi popija goldwassera i alasz, zagadując pewną hażankę w bluzce w kolorze lapis-lazuli.

Przebywający nad Rurzycą wielbiciel „Płonących ścieżek” Hołuja, widząc na Stadionie Narodowym pozującą raz po raz do selfie celebrytkę, rzecze za to z przekąsem: „A któż to, nie mając kuku na muniu, zostawia dwuipółmiesięczną córuchnę, taką tyci-tyci, może nie samopas, ale pod opieką li tylko babysitterki?”. Zaparzająca co dzień yerba mate zosia samosia z Dzierzążni, planująca wojaż do Szczawna-Zdroju śladami Gerharta Hauptmanna, uważa, że takie tabloidowe kurioza to nie ple-ple, gadka szmatka ani nudy na pudy, ale dezinformacja mająca odciągnąć uwagę Polaków od pseudoreformy sądownictwa. Ta ubóstwiająca balejaże i hirudoterapię narzeczona ekspezetpeerowca gorszego sortu sądzi bowiem, że spychanie Polski w niedemokratyczne chęchy to nie strachy na Lachy, ale smutna rzeczywistość.

Inżynier z Hażlacha, przed którym kipi-kasza nie ma tajemnic, mówiący ex cathedra o jagodach goji, Gogłuskiej-Jerzynie i kairskiej mahale, gotując bulgur z bakłażanem, skonstatował, że media o jedne niby-gwiazdy dbają jak o jajo Fabergé, nie szczędząc im ochów i achów, a na innych jest huzia na Józia. Ornitolog amator z Nieżywięcia, o fryzurze à la Rutger Hauer, hiperfan anchois i Hładki-Wajwódowej, wiedzący co nieco i o chorobie Alzheimera, i o rodzie Borzobohatych, uważa zaś, że muzyką dla serca są trele-morele jemiołuszek, a nie fałszywe nuty celebryctwa.

Abstrahując jednakże od show-biznesu: czyż wszystko, co prywatne, ma stać się publiczne?

Autor: Sebastian Surendra

-Reklama 5-

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz swój komentarz!
Podaj swoje imię

*